Jak terapia CAR-T staje się standardem w polskiej hematologii

Jak terapia CAR-T staje się standardem w polskiej hematoonkologii

To nie była łatwa droga. Gdy kilka lat temu w Polsce zaczynano mówić o terapii CAR-T jako o najbardziej innowacyjnej metodzie leczenia, wielu widziało w niej odległą pieśń przyszłości. Dziś, po przeleczeniu ponad 750 pacjentów w naszym kraju w ramach programu lekowego, ta rewolucyjna metoda staje się realnym standardem ratującym życie.

Ten sukces jest owocem ciężkiej pracy całego środowiska – od lekarzy przechodzących trudną ścieżkę akredytacji, przez dyrekcje szpitali, aż po urzędników Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia.

Choć przed systemem ochrony zdrowia w Polsce stoją kolejne wyzwania, to właśnie spektakularne sukcesy w leczeniu agresywnych chłoniaków przecierają szlaki dla nowoczesnej hematoonkologii w Polsce.

Debata „Terapia CAR-T – jak możemy leczyć skuteczniej?” odbyła się podczas drugiego dnia XVI Letniej Akademii Onkologicznej dla Dziennikarzy (sierpień 2026 r.).

Myślenie o CAR-T od samego początku: ścieżka pacjenta z chłoniakiem

W przypadku agresywnych nowotworów układu chłonnego czas jest najgroźniejszym przeciwnikiem. Doświadczeni hematolodzy podkreślają, że planowanie ścieżki pacjenta z chłoniakiem powinno rozpoczynać się jak najwcześniej – często już w momencie postawienia pierwszej diagnozy, zwłaszcza przy gorszym rokowaniu wyjściowym.

– Jeżeli mamy pacjenta z gorszym rokowaniem już wyjściowo to wiemy, że już musimy myśleć o terapii CAR-T. Przy chłoniaku z komórek płaszcza przykładowo z mutacją TP53 wiemy, że musimy zacząć od immunoterapii, ale przewidujemy, że szybko może nastąpić nawrót i potrzebna będzie terapia CAR-T. O tej ścieżce myślimy często już na początku. Tutaj czas ma bardzo duże znaczenie – mówi prof. Iwona Hus, kierownik Oddziału Chorób Układu Chłonnego Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie, Prezes Zarządu Polskiego Towarzystwa Hematologów i Transfuzjologów.

Najczęstszym i zarazem kluczowym wskazaniem do zastosowania tej metody w Polsce pozostaje chłoniak DLBCL. Gdy dochodzi do nawrotu lub oporności na standardowe leczenie, kluczem do uratowania pacjenta staje się natychmiastowe działanie i ścisła współpraca międzyośrodkowa. Procedura wymaga nienagannej koordynacji logistycznej.

Aby pacjent mógł zostać sprawnie zakwalifikowany przez specjalny zespół, ośrodek kierujący musi natychmiast zrealizować rygorystyczną „checklistę” badań:

  • badania wirusologiczne,
  • echo serca,
  • tomografię komputerową lub rezonans magnetyczny głowy (w celu wykluczenia zajęcia ośrodkowego układu nerwowego).

Niezbędne może być także zaplanowanie i przeprowadzenie leczenia pomostowego (bridging therapy). W okresie od pobrania komórek pacjenta (aferezy) do momentu ich powrotu z zagranicznego laboratorium w postaci „uzbrojonego” leku (co trwa zazwyczaj od trzech do kilku tygodni) nowotwór nie może się bezkarnie rozwijać. Lekarze stosują wówczas radioterapię lub chemioterapię pomostową, która wyhamowuje chorobę.

Co ważne, po zakończeniu procedury CAR-T, lokalny ośrodek przejmuje opiekę doraźną nad pacjentem (np. w przypadku infekcji), eliminując potrzebę odbywania przez osłabionego chorego wielokilometrowych podróży.

– Współpraca między ośrodkami jest bardzo ważna. To nie musi być jeden ośrodek. My mamy największe doświadczenie z Poznaniem, ale jest też ośrodek np. w Lublinie. Sprawdzamy, gdzie jest możliwość i które miejsce pacjent preferuje – tłumaczy prof. Iwona Hus.

– Kiedy otrzymuję skierowanie z danego miasta, często od razu widzę, czy jest absolutnie wskazanie do terapii CAR-T. Wówczas dzwonię do koordynatorki, która najczęściej zaprasza pacjenta na kolejny dzień. Równolegle prosimy o przygotowanie całego zestawu badań do przeprowadzenia – dodaje prof. Lidia Gil, kierownik Katedry i Kliniki Hematologii i Transplantacji Szpiku UM w Poznaniu.

PRZECZYTAJ WIĘCEJ: TERAPIA CAR-T W CHŁONIAKACH

Poznańskie doświadczenie w CAR-T: precyzyjna machina medyczna

Wzorcem organizacji takiego leczenia jest ośrodek w Poznaniu, który od 2019 roku przeleczył już ponad 240 pacjentów. Na tamtejszym oddziale stale przebywa średnio 4–5 pacjentów w trakcie procedury CAR-T. Za ich bezpieczeństwo odpowiada wyjątkowo kompleksowy zespół:

  1. Lekarze: Sześcioosobowy zespół posiadający aż trzy specjalizacje (choroby wewnętrzne, hematologia, transplantologia kliniczna) i olbrzymie doświadczenie.
  2. Pielęgniarki: Wyszkolona kadra, która przed wdrożeniem programu odbywała specjalistyczne szkolenia za granicą.
  3. Koordynatorzy (zespół GTI): Ludzkie „serce” logistyki, odpowiedzialne za kontakt z ośrodkami partnerskimi, prowadzenie kwalifikacji i błyskawiczne umawianie badań.
  4. Zaplecze laboratoryjne: Zespół aferezy pobierający limfocyty oraz pracownicy banku komórek macierzystych czuwający nad transportem i przechowywaniem genetycznie zmodyfikowanego materiału.

Całość wspierają stale współpracujący z oddziałem anestezjolodzy z intensywnej terapii, neurolodzy oraz radiolodzy.

– W moim ośrodku, mamy cały zespół specjalistów, z którymi wspólnie pracujemy i zajmujemy się pacjentami CAR-Towymi. Ten zespół powstał w 2019 roku i cały czas się rozbudowuje. Jednak model pozostaje ten sam. Pacjent jest przekazywany dosłownie z ręki do ręki i na żadnym etapie nie jest zostawiony sam sobie – podsumowuje prof. Lidia Gil.

PRZECZYTAJ: JAK WYGLĄDA CIEŻKA PACJENTA Z CAR-T

Między lękiem a nadzieją: Perspektywa pacjentów

Dla chorego z chłoniakiem kwalifikacja do CAR-T to moment potężnej próby psychicznej. Zazwyczaj jest to osoba po przejściach – mająca za sobą wcześniejsze linie leczenia, chwile euforii po wejściu w remisję i nagły, bolesny cios w postaci nawrotu choroby.

– Pacjent wchodzi w zupełnie inny obszar, inny świat. Terapie komórkowe… pobiorą limfocyty, w laboratorium coś z nimi zrobią, namnożą i podadzą z powrotem. Dla wielu to zupełnie nowa rzeczywistość i gonitwa myśli, która przynosi bezsenne noce. Pacjent musi otrzymać rzetelną informację, by odzyskać poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa – opowiada prof. Jacek Jassem, onkolog, który sam był pacjentem.

Chorzy muszą być również świadomi potencjalnych, ciężkich powikłań. Choć nowe generacje leków (np. zrefundowana w kwietniu terapia Breyanzi, wykazująca wyższy profil bezpieczeństwa) dają nadzieję na łagodniejszy przebieg i leczenie w trybie ambulatoryjnym, starsze procedury potrafiły mocno obciążyć organizm. Pacjenci zmagali się m.in. z powikłaniami cytopenicznymi oraz groźną burzą cytokinową (CRS).

– Kilka lat temu wróciłem z tego leczenia na wózku inwalidzkim, nie byłem w stanie wsiąść do samolotu. Burze cytokinowe bywają tak silne, że człowiek dosłownie chodzi po ścianach. Ale najważniejsze dla mnie było to, że w tym ośrodku nikt z powodu tych powikłań nie zmarł. To dało mi siłę do walki – wspomina prof. Jassem.

– W tym roku uzyskaliśmy dostęp w ramach programu do nowej terapii Breyanzi, która jest rzeczywiście bardziej bezpieczna. Obserwujemy znacznie mniejsze ryzyko powikłań, do tego stopnia, że rozważane jest leczenie pacjentów za pomocą tego produktu ambulatoryjnie. A to jest najlepszy dowód na bezpieczeństwo terapii. To może zdecydowanie wpłynąć na jakość leczenia dla pacjenta – podsumowuje prof. Lidia Gil.

źródło: materiały prasowe

PRZEJDŹ DO: STRONA GŁÓWNA

Jarosław Gośliński

Jarosław Gośliński

Autor serwisu edukacyjnego car-t.pl oraz redaktor naczelny portalu onkologicznego zwrotnikraka.pl. Absolwent SWPS we Wrocławiu na kierunku psychoonkologia. Członek Polskiego Towarzystwa Onkologicznego oraz Grupy Sterującej All.Can Polska. Laureat nagrody "Jaskółki Nadziei" w kategorii Media. Wspiera informacyjnie chorych na raka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *